Phu Chi Fah

Północ Tajlandi pokryta jest w większości górami. Jedną z nich jest szczyt Phu Chi Fah (lub Phu Chee Fah), który znajduje się na północno – wschodniej granicy kraju z Laosem.

Do naszego celu porudzamy się od północy ze Złotego Trójkąta, gdzie spędziliśmy jeden dzień. Zobacz we wpisie Złoty Trójkąt.

Poruszamy się w większości wzdłuż rzeki Mekong, która jest jednocześnie granicą pomiędzy Tajlandia i Laosem. Piękne widoczki, jako że droga wiła się pośród tajskich wzgórz, w dole nurt rzeki, a po jej drugiej stronie laotańskie góry.

Na kawę i lekki posiłek wstępujemy do Restauracji oraz Resortu Rai Saeng Arun,  położego nad samym brzegiem rzeki Mekong. Spędzamy tutaj chwilę obserwując wartki nurt wody oraz podziwiając pokryte pierzynką z chmur wzgórza po laotańskiej stronie.

Jako, że się nam nie spieszy, kierując się do szczytu Phu Chi Fah, wybieramy lokalne drogi i przejeżdżamy przez tamtejsze wioski, obserwując toczące się powolnym rytmem życie. Droga wiedzie jakby doliną położoną pomiędzy dwoma pasmami górskimi.

Około godziny czwartej po południu zaczęło się robić szaro. Nie wiem czy to z powodu pochmurnej pogody czy w górach wcześniej zaczyna sie ściemniać. Normalnie w Tajlandii słońce wstaje około godziny 6 rano, a zachodzi w granicach 6 – 6.30 po południu, więc byliśmy troszeczkę zdziwieni tak szybkim zmrokiem.

Im bliżej naszego celu, tym więcej też było zakrętów, ostrych podjazdów i zjazdów z górki. Droga niestety nie jest w tym miejscu najlepsza, niektóre dziury tak głębokie, że połowa koła się w nich zapada. Coś jak polskie drogi po zimie. Dodatkowo, we mgle, musimy uważać na psy spokojnie wylegujące sie na samym jej środku oraz na szalejących lokalnych kierowców motocyklowych.

Im wyżej wjeżdżamy w góry, tym gęstsza robi się mgła. Włączam nawigator w komórce, bo przynajmniej widzę gdzie są zakręty.

Robi się groźnie. Atmosfera jak z jakiegoś horroru. Nie wiadomo co nagle wyskoczy z tych szarych oparów. Mam niezłego cykora. Mąż się ze mnie nabija co jakiś czas, wydając głuche dźwięki przypominające ducha.

Do samego szczytu nie dojeżdżamy, bo i po co. W tej mgle z widoków nici. A miałam nadzieję na piękny, górski zachód słońca. Oby rano się wypogodziło.

Zatrzymujemy się w ośrodku Rwuamsansaang Phuchifa Resort usytuowanym na wzgórzu. Sympatyczna, młoda dziewczyna prowadzi nas do drewnianego domku na kamienistej podmurówce. Cena 800 Bahtów za nocleg ze śniadaniem jest całkiem przystępna. W pokoju znajdowały się dwa dwuosobowe łóżka, więc wywnioskowaliśmy, iż 4 osoby mogłyby spokojnie tu przenocować. Do tego telewizor i wentylator. Klimatyzacji nie było. W nocy w górach temperatura waha się w granicach 10-13 stopni, więc zrozumiałe. Wii-Fi – tylko przy recepcji. Najważniejsze, że woda pod prysznicem była gorąca.

Niewiele widać dookoła więc szybciutko lokujemy nasze bagaże i schodzimy na kolację do lokalnej restauracji.

Tu zamawiamy na początek piwo i sprite. Ku naszemu zdziwieniu na stół wjeżdża piwo Lao oraz buteleczka z napisem ‘Spy’. Hmmm … zapewne kelnerka nie za bardzo zna angielski i tak usłyszała słowo ‘sprite’. Nie chcąc jej stresować próbujemy tego wynalazku. Pierwszy łyk i oboje uśmiechamy się do siebie zdumieni. Okazało się, że to tajskie, słodkawe wino musujące. Po pierwszej butelce na stół wjechały następne. Kolacja równie wyśmienita dodatkowo poprawiła nasze humory. 

Wracamy do chatki i szybko zasypiamy. Postanawiamy, że jak rano będzie taka słaba widoczność to śpimy do oporu. W końcu mamy wolne.

Budzą mnie silniki samochodów. Zegarek wskazuje 5:45. Wyskakuję z łóżka i wyglądam przez okno. Widzę tylko chmury … ale poniżej nas, w dolinie. W tym samym momencie wykrzykuję do G aby wstawał. W ekspresowym tempie ubieramy się w najcieplejsze bluzy i kurtki, łapiemy aparaty i komórki i wskakujemy do auta. Jacyś tajscy turyści z sąsiedniego domku również udają się w kierunku szczytu.

Po kilkunastu minutach jazdy krętą, asfaltową drogą docieramy na parking, gdzie lokalni już od 5 rano sprzedają jedzenie oraz wytwory rękodzielnicze.

Lokalizację Phu Chi Fah znajdziesz na mapie.

W ciemnościach znajduję znak ze strzałką wskazującą kierunek na górę Phu Chi Fah, 760m na piechotę. Ruszam przodem, aby jak najszybciej dotrzeć na wschód słońca.

Mijam po drodze śpiewające i tańczące dzieci ubrane w lokalne stroje oraz jakieś stoiska z breloczkami do kluczy. Nie mam czasu na podziwianie ich występów czy zakupy. Zdyszana docieram na górę. Warto było wstać wcześniej. 

Pstrykam i podziwiam widoki. Nie wiem co ładniejsze, góry, wschodzące słońce czy puchowa kołderka chmur pokrywających doliny. 

Prze-pięk-nie!!!

Szczyt Phu Chi Fah uważam za zdobyty. 

Około 8 rano słońce już wysoko, więc robi sie gorąco. Ściągamy kurtki i bluzy. Mamy za sobą parę godzin podziwiania widoków, a wcale nie mamy dosyć.

Zaczynamy jednak odczuwać głód. Wracamy niechętnie do naszego ośrodka.

Po drodze mijamy dzieciaki i tym razem obserujemy ich występ wokalno – horeograficzny. Wręczam każdemu po monecie. Kłaniając się dziękują nam za zapłatę.

Biedne dzieciaki. Nie dość, że muszą wstawać codziennie skoro świt, pracują niezależnie od pogody, upał czy deszcz, to z zarobionych pieniędzy dostają zapewne znikomą część lub wogóle nie dostają nic.

Najwyższy szczyt Tajlandii, Doi Inthanon, nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak Phu Chi Fah, na granicy tajsko-laotańskiej. Jeśli masz okazję to najlepiej dotrzeć tu po południu na zachód slońca po zachodniej, tajskiej stronie, a rano powitać wschodzące po stronie laotańskiej.

Widoki, które na długo zapadają w pamięci.

Chcesz wyemigrować do Tajlandii?

Asia

Autorka Bloga

Asia

Zobacz też

Moje wyprawy na Instagramie: