Wschodnie wybrzeże wyspy
Ko Chang

Co znajdziemy na wschodnim wybrzeżu Ko Chang?
Jakie atrakcje ma do zaoferowania?

Kolejny dzień czyli, Niedzielę Wielkanocną, na Wyspie Słonia spędzamy na jej wschodnim wybrzeżu.

Jak poprzednio dzień zaczynamy od pobudki przy wtórze pawia i innego ptactwa. Szybkie śniadanie i ruszamy w drogę.

Z naszego ośrodka czyli Chang Park Resort skręcamy tym razem w lewo. Aby dostać się na wschodnią stronę Ko Chang musimy najpierw dotrzeć do portu promowego na jej północy, a stąd dopiero poruszać się na południe. Większość obszaru Wyspy Słonia stanowią niedostępne tereny górzyste oraz lasy i niestety na południu wyspy droga się nie łączy, gdyż na przeszkodzie stają góry. 

Poruszamy się więc jedyną drogą, która wiedzie cały czas wzdłuż wybrzeża, a którą można dotrzeć na południe wyspy zarówno od strony zachodniej, jak i wschodniej. Asfaltowa jednopasmówka, częste zakręty oraz zjazdy i podjazdy.

 

Kamieniste plaże

Od stacji promu nie ma już takich atrakcji na drodze, jest w miarę płasko i spokojnie. Co jakiś czas zauważamy widoki na zatoczki oraz morze. Mijamy kilka plaż, lecz większość z nich to plaże kamieniste, a co za tym idzie mniej ośrodków oraz turystów.

Ta strona wyspy jest zdecydowanie spokojniejsza oraz co nas zdziwiło, bardziej zauważalna jest pora sucha.

 

Ko Chang 1

Z drogi widać tablicę ze strzałką nakazującą skręt w prawo do wodospadu.

Ko Chang 2

Transparent w krzakach

Nonsee Waterfall

Na mapie wyspy (którą dostaniesz wszędzie za darmo, począwszy od promu, poprzez hotele, a skończywszy na lokalnych sklepach) zauważamy znaki z wodospadami.  Postanawiamy wstąpić do pierwszego z nich – Wodospadu Khlong Nonsee.

Kilkadziesiąt metrów dalej w gąszczu jakiegoś żywopłotu dostrzegamy coś w rodzaju transparentu – do wodospadu skręt w lewo. Tam się kierujemy. Dojeżdżamy do niewielkiego parkingu, przy którym umieszczona jest tablica informacyjna z pięknymi zdjęciami wodospadu.

Do wodospadu 200 metrów.

Dalej idziemy pieszo. Droga prowadzi nas przez prywatną posiadłość oraz ogród. Otaczają nas drzewa duriana, znanego ze specyficznego (czytaj śmierdzącego) zapachu.

Ko Chang 6

Owoc duriana na drzewie

Ko Chang 7

Owoc duriana

Podążamy dalej ścieżką w poszukiwaniu siklawy. Kiedy dochodzimy do niewielkiego mostu spoglądam w dół, lecz zamiast rzeki czy górskiego potoku widzę pomiędzy kamieniami jego marne pozostałości czyli kałuże.

Tu droga się rozwidla, więc za mostkiem skręcamy w lewo w kierunku lasu. Po około 50 metrach dochodzimy do miejsca, które w porze deszczowej może przypomina wodospad. W czasie pory suchej zobaczysz tylko cienki strumyk wody spływający po głazach, albo i wcale.

Mogliśmy się domyśleć i wywnioskować już z samej nazwy siklawy, że raczej wodospadu to my nie zobaczymy. Po angielsku jego nazwa brzmi “nonsee” czyli “nie widzieć”. Wszystko teraz jest jasne.

Ko Chang 9
Ko Chang 8

Lokalny “naciągacz”

Wracamy do auta, a tam następna niespodzianka. Mieszkający w domku przy parkingu Taj żąda od nas zapłaty za parking – 40 Baht. Płacimy, ale coś nam tu nie gra. Po przejechaniu ok 200 metrów główną drogą zauważamy następny drogowskaz do wodospadu “Nonsee”. Uświadomiliśmy sobie wtedy, że ten przedsiębiorczy gość ma taki mały prywatny interes na boku. Umieścił tablicę informacyjną o wodospadzie przy drodze trochę wcześniej od właściwej i pobiera opłaty za każdy zaparkowany na jego posesji pojazd. Naciągnął nas cwaniaczek.

 

Chcesz wyemigrować do Azji?

Oko Słonia

Jako, że kamieniste plaże nie zachęcają nas do zatrzymania się na jednej z nich, a następne tablice informujące o kolejnych wodospadach ignorujemy, podążamy główną drogą dalej na południe. Na mapie zauważam coś w rodzaju zatoczki w miejscu gdzie mieści się “oko słonia”, więc skręcamy w lewo.

Screenshot_2015-04-05-12-09-43

Zatoczka na mapie – “oko słonia”

Wioska rybacka

Wjeżdżamy w teren zabudowany, mijamy szkołę. Dojeżdżamy do miejsca gdzie droga się urywa. Znajdujemy się nad piękną zatoczką, przy której powstała wioska rybacka. Proste, drewniane zabudowania na wodzie, pokryte blacha falistą dachy to typowe tajskie domy. Często się zastanawiam jak się tym ludziom tutaj żyje? Z dala od wszelkich cywilizacyjnych wygód i dobrodziejstw, bez dostępu do rozrywek oraz większości tego co my na co dzień uważamy za konieczność, jak elektryczność, ciepła czy bieżąca woda, media i wiele innych przyziemnych przedmiotów, bez których my nie wyobrażamy sobie życia. Oni tego nie mają, żyją tu bardzo skromnie i czują się z tym szczęśliwi.

Ko Chang 10
Ko Chang 11

Nad zatoczką i wioska rybacka

Trąba Słonia

Planujemy dzisiaj dojechać jak najdalej na południe na “trąbie słonia”. Jedziemy więc jedyną droga, którą możemy się poruszać w tym kierunku. Mijamy kilka niewielkich i prawie pustych ośrodków wypoczynkowych.

Droga wiedzie oczywiście wzdłuż wybrzeża. Nadal jest to droga asfaltowa, choć gdzieniegdzie asfalt jest wykruszony, czy wymyty przez wody pory deszczowej. Wielokrotnie musimy zwalniać, gdyż droga zanika, albo musimy ustąpić nadjeżdżającym z naprzeciwka motorom.

Punkt Widokowy

Dojeżdżamy do miejsca widokowego Ao Ka Rang, z którego podziwiamy panoramę zatoczki, okoliczne wysepki oraz wybrzeże “trąby słonia”.

Na miejscu postoju znajduje się niewielki sklepik, gdzie można zakupić schłodzone napoje czy tajskie przekąski. Przy jedynym stoliku siedzi grupka młodzieży i popija chłodne piwo “Chang”.

Ko Chang 15
Ko Chang 14

 

Opuszczamy ostatni, jak się później zorientowaliśmy, punkt, do którego dociera cywilizacja i podążamy czymś co przypomina lub przypominało kiedyś drogę. Widać, że niewielu turystów zapuszcza się dalej niż wspomniany punkt widokowy. Minęliśmy jeszcze dwóch motocyklistów, ale ich miny mówiły same za siebie. Nie dość, że upał tajskiego słoneczka im doskwierał, to jeszcze niewygody podróży po wyboistej, kamienistej czy glinianej drodze na pewno dawał się we znaki ich “siedzeniom”.

Kiedy dojechaliśmy do miejsca gdzie betonowa droga, którą się poruszamy, została podmyta, chciałam zawrócić.

Miałam przed oczami najgorsze scenariusze. Nie warto ryzykować życia. Gary natomiast był w swoim żywiole. Przejechaliśmy.

Dalsza droga już nie była ani asfaltowa, ani betonowa, tylko lita skała, piach lub kamienie. Nie da się tego opisać.

Całe szczęście, że nasz pojazd ma napęd na 4 koła i Gary jechał z prędkością 5-10km/h. Inaczej się nie dało. Nieźle nas wytrzęsło. Teraz rozumiem miny mijanych motocyklistów.

Ko Chang Memorial

Nie wiem nawet ile przejechaliśmy, ale trwało to ponad godzinę. Kiedy dotarliśmy do dziwnego znaku z krzyżem w środku, domyśliliśmy się, że nie możemy już dalej jechać.

Skręcamy więc w prawo i dojeżdżamy do malutkiej, ale jakże urokliwej rajskiej plaży.

Widać, że nikt raczej tu nie przyjeżdża, nie ma tu żadnych zabudowań, więc większość turystów przypływa wyłącznie łodziami. Poza tym jedyną atrakcją tego miejsca były jakieś tablice w skale i coś w rodzaju pomnika upamiętniającego bitwę o Ko Chang w roku 1941.

 

Rajska Plaża

Bielutki piasek, błękitna, przeźroczysta woda, a słońce pali niemiłosiernie. Jeśli ktoś marzy o rajskiej bezludnej plaży to właśnie tą polecam.

Dałam nura pod wodę i obserwuję przepływające malutkie rybki, aż tu nagle długa na ponad metr barrakuda przemknęła mi przed samym nosem. Z początku się wystraszyłam. Ona chyba jeszcze bardziej, bo zanim się zanurzyłam ponownie już jej nie było. Nie był to wprawdzie rekin czy wieloryb, ale było to super spotkanie na odludnej plaży.

Gary chyba mi pozazdrościł tego doświadczenia lub odezwały się w nim pierwotne instynkty łowieckie, więc złapał jakiś długi kij, przypominający harpun i zaczął brodzić przy kamieniach z boku plaży. Czyżby chciał coś upolować na obiad?

Zniechęcony niepowodzeniem wymyślił, że skoro odludna plaża to czego nie miałby popływać bez szortów. Dał nura do wody prawie w “stroju Adama”. Ja się tylko mu przyglądałam z brzegu i żartowałam, że na pewno ktoś się zaraz tu pojawi. Nie minęły dwie minuty kiedy zza skał z impetem wypłynęła motorówka z grupą Chińczyków na pokładzie i zatrzymała się przy naszej plaży. Jeden po drugim zeskakiwali do wody, a Gary widząc nadciągających “żółtków” nie zastanawiając się zaczął maszerować do brzegu, ku radości nowo przybyłych turystów. No to mieli atrakcję. Szybko rzuciłam mu portki i cała sytuacja zakończyła się tylko chichotami i chińskimi komentarzami. Znając ich to kilkoro z nich zdążyło pstryknąć fotki białym pośladkom Garego. Może ktoś widział takowe na Facebooku czy Instagramie?

Wykonuję napis z życzeniami świątecznymi na piasku, tym razem z uzbieranych muszelek. Poszło na w świat przez Facebooka. Mamy dosyć pływania więc ruszamy w drogę powrotną.

 

Mangrove Walk

Pokonujemy ponownie wyboiste koleiny, mijamy dziury oraz podmytą drogę. Dojeżdżamy do głównej trasy i docieramy do Świątyni Wat Watcha Kham. Przy świątyni znajduje się mapa, na której widać las namorzynowy, który jest naszym następnym celem. Kiedy się tam kierujemy nie znajdujemy żadnych kierunkowskazów czy znaków. Trochę błądzimy. Całe szczęście, na mojej komórce w większym zbliżeniu dostrzegam Mangrove Walk. Wąską drogą docieramy na miejsce. Parkingu nie ma żadnego.

Po całym lesie spaceruje się po drewnianym pomoście, który liczy sobie około 520 metrów i kończy się większym podestem widokowym nad zatoką Salakphet.

Nigdy nie mieliśmy jeszcze okazji zwiedzać takiej atrakcji, więc robię kilkadziesiąt zdjęć.

W czasie przypływu korzenie drzew znajdują się w wodzie. Bez niej trochę to wyglądało smutno.

Wracamy na zachód słońca

Słoneczko zaczyna chylić się ku zachodowi. Wystarczy nam atrakcji na ten dzień i postanawiamy wrócić na zachodnie wybrzeże wyspy.

Na słynnej plaży Białe Piaski zasiadamy do kolacji przy spektakularnym zachodzie słońca. Pyszne szaszłyki i piwo sprawiają, że czujemy się bardzo zmęczeni, a jednocześnie zrelaksowani. Mogłabym tak siedzieć na plaży godzinami i podziwiać widoki.

Zarówno zachodnia jak i wschodnia strona Wyspy Słonia ma dużo atrakcji i wystarczy na kilka dni. Mam madzieję, że zainspirowały Cię nasze opowieści i będąc na Ko Chang podążysz naszymi śladami. 

Świątynia Phra Singh w Chaing Mai

To jeszcze nie wszystko!

Teraz możesz na bieżąco śledzić moje wyprawy na Instagramie: